Kategoria: Bez kategorii

  • Dlaczego informacje o polowaniach są tajne?

    Dlaczego informacje o polowaniach są tajne?

    W demokratycznym państwie przyzwyczailiśmy się do tego, że działania wpływające na bezpieczeństwo ludzi są publicznie regulowane, kontrolowane i możliwe do sprawdzenia. Wiemy, kiedy zamykana jest droga. Wiemy, gdzie obowiązuje zakaz kąpieli. Otrzymujemy alerty pogodowe. Sprawdzamy jakość powietrza. Dlaczego więc tak trudno dowiedzieć się, gdzie i kiedy w pobliżu mogą odbywać się polowania?

    Polowanie nie jest zwykłą prywatną aktywnością. To czynność wykonywana z użyciem broni palnej, często w przestrzeni, z której korzystają również osoby postronne: mieszkańcy, dzieci, grzybiarze, spacerowicze, rowerzyści, edukatorzy przyrody, właściciele psów, rolnicy czy turyści.

    Skoro polowanie może wpływać na bezpieczeństwo ludzi, powinno być jawne.

    Jawność nie jest wrogiem bezpieczeństwa. Jest jego warunkiem

    W wielu dziedzinach życia publicznego jawność traktujemy jako oczywistość. Informacje o robotach drogowych, utrudnieniach, skażeniu wody, zagrożeniach pogodowych, zamknięciu szlaków czy działaniach służb są publikowane właśnie po to, żeby ludzie mogli uniknąć ryzyka.

    Podobna zasada powinna dotyczyć polowań. Jeśli w danym miejscu mają znajdować się osoby z bronią, jeśli mogą padać strzały, jeśli z lasu mogą być wypłaszane zwierzęta, jeśli drogi leśne mogą stać się miejscem polowania zbiorowego — mieszkańcy powinni mieć dostęp do tej informacji.

    Nie po to, żeby kogokolwiek atakować. Po to, żeby nie wchodzić w niebezpieczną sytuację nieświadomie.

    Obecny system informowania jest zbyt słaby

    Dziś obowiązek publicznego informowania dotyczy przede wszystkim polowań zbiorowych. Organizator powinien zgłosić polowanie do gminy, a gmina powinna podać informację do publicznej wiadomości. To dobry kierunek, ale niewystarczający.

    W praktyce informacja bywa trudna do znalezienia, nieczytelna, publikowana w różnych miejscach, czasem bez mapy, czasem w formie ogólnego opisu, który dla osoby spoza środowiska łowieckiego niewiele mówi. Zdarza się, że wskazywany jest bardzo duży obszar, na przykład cały obwód łowiecki, co nie pozwala obywatelowi realnie ocenić, gdzie występuje ryzyko.

    Jeszcze większym problemem jest brak powszechnie dostępnej informacji o polowaniach indywidualnych. A przecież osoba spacerująca po lesie nie zawsze rozróżnia, czy zagrożenie wynika z polowania zbiorowego czy indywidualnego. Dla niej najważniejsze jest jedno: czy w pobliżu ktoś będzie polował?

    Argument „to utrudni polowania” nie wystarczy

    Przeciwnicy jawności często mówią, że publiczne informacje o polowaniach mogą utrudniać ich wykonywanie. Ten argument warto potraktować poważnie, ale nie można uznać go za rozstrzygający.

    W każdej dziedzinie, w której w grę wchodzi bezpieczeństwo publiczne, wygoda organizatora musi ustąpić przed prawem obywateli do informacji. Firma budowlana też może uważać, że tablice ostrzegawcze i zabezpieczenia utrudniają pracę. Organizator imprezy masowej też musi spełniać obowiązki formalne. Kierowca zawodowy też podlega kontrolom. To nie są represje. To standard bezpieczeństwa.

    Jeżeli łowiectwo jest przedstawiane jako działalność odpowiedzialna, publicznie potrzebna i wykonywana w interesie społecznym, to powinno być gotowe na standard jawności.

    Nie można jednocześnie twierdzić, że polowania są sprawą publiczną, i odmawiać społeczeństwu prawa do wiedzy o ich miejscu i czasie.

    Jawność chroni także odpowiedzialnych myśliwych

    Warto zauważyć, że jawność nie musi być wymierzona przeciwko każdemu myśliwemu. Dobrze zaprojektowany system informacji może chronić również tych, którzy chcą działać odpowiedzialnie.

    Jeżeli mieszkańcy wiedzą, gdzie odbywa się polowanie, rzadziej pojawią się tam przypadkowo. Jeżeli informacja jest dokładna i publiczna, łatwiej uniknąć konfliktów. Jeżeli zasady są przejrzyste, trudniej o oskarżenia, nieporozumienia i wzajemną wrogość.

    Brak informacji sprzyja napięciom. Jawność pozwala planować, reagować i rozliczać.

    Publiczny rejestr polowań to rozwiązanie zdroworozsądkowe

    W Polsce potrzebny jest prosty, publiczny i nowoczesny rejestr polowań. Taki, który pozwala sprawdzić:

    • gdzie zaplanowano polowanie,
    • kiedy ma się odbyć,
    • jakiego obszaru dotyczy,
    • kto jest organizatorem,
    • czy informacja została zgłoszona prawidłowo,
    • jakie zasady bezpieczeństwa obowiązują na danym terenie.

    Takie narzędzie powinno być dostępne dla każdego: mieszkańca wsi, turysty, nauczycielki prowadzącej zajęcia terenowe, rodzica, rolnika, właściciela psa, osoby starszej, która po prostu chce wiedzieć, czy w najbliższym lesie będzie bezpiecznie.

    Nie powinno być konieczne przeszukiwanie wielu stron urzędów, starych komunikatów, plików PDF i BIP-ów. Informacja o bezpieczeństwie powinna być prosta.

    Bez jawności nie ma realnej kontroli

    Jawność ma jeszcze jeden ważny wymiar. Pozwala sprawdzać, czy prawo jest przestrzegane. Jeżeli informacje o polowaniach są niepełne, rozproszone albo niedostępne, trudno ocenić, czy polowania są prawidłowo zgłoszone, czy odbywają się w zadeklarowanym miejscu, czy mieszkańcy zostali poinformowani, czy gmina wykonała swój obowiązek.

    Brak jawności osłabia kontrolę społeczną. A tam, gdzie nie ma kontroli, łatwo o bylejakość, nadużycia i lekceważenie praw osób postronnych.

    Nie chodzi o to, żeby każdy obywatel stał się kontrolerem łowiectwa. Chodzi o to, żeby podstawowe informacje były dostępne wtedy, gdy ktoś ich potrzebuje.

    Bezpieczeństwo ludzi nie może zależeć od szczęścia

    Dziś osoba idąca do lasu często nie wie, czy natknie się na polowanie. Może mieć szczęście i wybrać spokojną trasę. Może też trafić na miejsce, gdzie odbywa się polowanie, o którym nie wiedziała, bo informacja była trudna do znalezienia albo w ogóle nie dotyczyła polowania indywidualnego.

    Bezpieczeństwo publiczne nie powinno działać w ten sposób. Nie powinno zależeć od przypadku, lokalnej praktyki urzędu, dobrej woli koła łowieckiego ani umiejętności przeszukiwania BIP-u.

    Jeżeli państwo dopuszcza polowania w przestrzeni wspólnej, ma obowiązek zapewnić ludziom dostęp do informacji. To minimum odpowiedzialności.

    Jawność to nie ideologia. To standard

    W debacie o prawie łowieckim łatwo przykleić etykietę: „aktywiści”, „myśliwi”, „ekolodzy”, „tradycja”, „ideologia”. Ale pytanie o jawność jest znacznie prostsze.

    Czy działalność z użyciem broni, prowadzona w przestrzeni dostępnej dla ludzi, powinna być publicznie widoczna?

    Czy mieszkańcy powinni wiedzieć, gdzie może być niebezpiecznie?

    Czy państwo powinno ułatwiać obywatelom dostęp do informacji, czy utrudniać go przez rozproszone i nieczytelne procedury?

    Odpowiedź powinna być oczywista.

    Jawność chroni nas wszystkich. A bezpieczeństwo publiczne zaczyna się od prawa do informacji.

  • Audyt w Polskim Związku Łowieckim wykrył szereg nieprawidłowości: chaos w finansach i wątpliwe odszkodowania

    Audyt w Polskim Związku Łowieckim wykrył szereg nieprawidłowości: chaos w finansach i wątpliwe odszkodowania

    Polski Związek Łowiecki lubi opowiadać o odpowiedzialności, tradycji, pomocy rolnikom i ciężarze utrzymywania gospodarki łowieckiej. Problem polega na tym, że gdy zajrzeć do dokumentów, obraz robi się znacznie mniej dostojny: znikające dane, bezpłatne polowania, milionowe wydatki, wątpliwe zakupy, chaos organizacyjny, a do tego podejrzenia dotyczące zawyżania odszkodowań dla rolników.

    Audyt wewnętrzny Polskiego Związku Łowieckiego, którego wnioski opisała Regina Skibińska w OKO.press, pokazuje organizację, która bardzo chce uchodzić za filar „odpowiedzialnej gospodarki łowieckiej”, ale w praktyce wygląda raczej jak zamknięty folwark z własnymi zasadami, własnym obiegiem pieniędzy i bardzo ograniczoną kontrolą z zewnątrz.

    To ważne nie tylko dla przeciwników polowań. To ważne również dla samych myśliwych, bo pieniądze wydawane przez PZŁ pochodzą m.in. ze składek członków Związku. I to ważne dla rolników, bo środowisko łowieckie regularnie używa odszkodowań za szkody w uprawach jako najważniejszego argumentu w obronie obecnego modelu łowiectwa.

    Skoro więc w audycie pojawiają się podejrzenia nieprawidłowości właśnie przy ustalaniu odszkodowań dla rolników, to nie jest drobny księgowy przypis. To uderza w sam środek myśliwskiej narracji.

    Audyt, który brzmi jak instrukcja: „czego nie robić z pieniędzmi organizacji”

    Audyt obejmował lata 2018–2023 i został przeprowadzony na zlecenie samego PZŁ. Już w streszczeniu audytorzy wskazali, że zidentyfikowali bardzo poważne nieprawidłowości, które z dużym prawdopodobieństwem spowodowały istotne szkody w majątku Związku.

    To nie jest język aktywistów antyłowieckich. To nie jest hasło z transparentu. To wnioski z audytu zamówionego przez sam Polski Związek Łowiecki.

    Wśród opisanych problemów pojawiają się m.in. bezpłatne polowania w ośrodkach hodowli zwierzyny, usuwanie danych z systemów, wątpliwe wydatki informatyczne, brak dokumentacji systemów, opłacanie usług, które miały nie być faktycznie świadczone, nieprzestrzeganie uchwał Naczelnej Rady Łowieckiej oraz chaos przy organizacji obchodów stulecia PZŁ.

    Gdyby ktoś chciał nakręcić satyrę o organizacji, która mówi o etyce, a potem gubi faktury, kasuje dane i wydaje miliony na wizerunek, scenariusz byłby mniej więcej gotowy. Tyle że to nie satyra. To opis działania realnej organizacji, której państwo powierzyło szczególną rolę w gospodarowaniu dzikimi zwierzętami należącymi do Skarbu Państwa.

    Cenniki znikają, czyli łowiecka wersja „samo się usunęło”

    Jednym z najbardziej wymownych wątków są bezpłatne polowania w OHZ-ach, czyli ośrodkach hodowli zwierzyny. Audytorzy chcieli zbadać skalę problemu, ale natrafili na pewną niedogodność: z systemu zniknął wycinek danych. Nie cały system. Nie wszystko. Tylko cenniki polowań i tylko za 2023 rok.

    Trzeba przyznać, że przypadek wyjątkowo utalentowany. Dane z innych lat zostały, a zniknęły akurat te, które mogły pomóc ustalić, kto, kiedy i za ile powinien zapłacić za polowanie.

    Audytorzy uznali, że usunięcie tych danych przez pomyłkę jest mało prawdopodobne. Wskazali też, że ustalenie osoby odpowiedzialnej za usunięcie danych jest sprawą kluczową, bo taka osoba mogła nadal mieć dostęp do wrażliwych danych w systemie.

    To powinno interesować nie tylko opinię publiczną, ale również zwykłych członków PZŁ. Bo jeżeli w organizacji dane mogą znikać akurat wtedy, gdy są potrzebne do ustalenia skali nadużyć, to problemem nie jest już „wizerunek łowiectwa”. Problemem jest elementarna wiarygodność zarządzania.

    Bezpłatne polowania: trofea dla swoich, rachunek dla organizacji

    Audyt wskazuje, że w 2023 roku miała znacząco wzrosnąć liczba bezpłatnych polowań w OHZ-ach. W jednym z badanych przypadków chodziło o byka jelenia wycenionego na około 7 tysięcy złotych. Audytorzy zwrócili uwagę, że OHZ-ów podległych Zarządowi Głównemu PZŁ było 18, a w 2023 roku upolowano w nich m.in. 216 byków jeleni, 938 rogaczy sarny i 108 byków daniela. Bez szczegółowego zbadania wszystkich przypadków nie da się więc oszacować pełnej skali potencjalnych strat.

    Ten wątek jest szczególnie ciekawy w kontekście polowań komercyjnych. Myśliwi bardzo często mówią, że komercyjne polowania są potrzebne, bo przynoszą dochód, który potem ma zasilać system gospodarki łowieckiej, w tym odszkodowania. Audyt pokazuje jednak, że równolegle mogły odbywać się bezpłatne polowania dla wybranych osób, a dane potrzebne do ich rozliczenia zniknęły z systemu.

    Czyli z jednej strony mamy opowieść o odpowiedzialnym biznesie łowieckim, który rzekomo pomaga finansować odszkodowania. Z drugiej – podejrzenia, że niektórzy mogli korzystać z tego systemu za darmo. To już nie jest gospodarka łowiecka. To wygląda jak gospodarka kolesiów.

    Odszkodowania dla rolników: święty argument myśliwych zaczyna się sypać

    Najważniejszy politycznie fragment audytu dotyczy jednak odszkodowań dla rolników. To właśnie na nich myśliwi najczęściej budują swój przekaz: „możecie nas nie lubić, ale to my płacimy rolnikom za szkody”.

    Problem w tym, że audyt opisuje podejrzenia zawyżania odszkodowań w OHZ Gola. Audytorzy zwrócili uwagę na znaczące zmniejszenie kosztów operacyjnych tego OHZ między 2021, 2022 i 2023 rokiem. Po analizie okazało się, że dużą część tych kwot stanowiły odszkodowania wypłacane rolnikom za szkody w uprawach. Wątpliwości budziły przypadki, w których w 2022 roku niektórzy rolnicy mieli otrzymywać nawet po około 70 tysięcy złotych odszkodowania, przy braku praktycznie jakichkolwiek postępowań sądowych.

    Według ustaleń opisanych w raporcie obecny kierownik OHZ Gola miał uzyskać informację, że jeden z pracowników miał porozumiewać się z rolnikami w celu zawyżania szacowanych szkód. Audytorzy ocenili, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, iż przed 2023 rokiem dochodziło do takich przypadków.

    To jest moment, w którym myśliwska opowieść o odszkodowaniach robi efektowny salto mortale i ląduje twarzą w błocie.

    Bo jeżeli odszkodowania są zaniżane – rolnicy są krzywdzeni. Jeżeli są zawyżane – system jest niewiarygodny. A jeżeli nikt nie potrafi tego rzetelnie skontrolować, to cała publiczna narracja o „ogromnych kwotach wypłacanych rolnikom” przestaje być argumentem, a zaczyna być zasłoną dymną.

    Nie da się jednocześnie mówić: „zostawcie nas w spokoju, bo płacimy rolnikom”, i mieć w audycie podejrzenia, że w jednym z ośrodków odszkodowania mogły być elementem lokalnego układu. To nie jest dowód odpowiedzialności łowiectwa. To dowód, że system odszkodowań wymaga jawności, kontroli, dokumentacji i niezależnej weryfikacji.

    Rolnicy nie potrzebują łowieckich legend. Potrzebują uczciwego systemu

    Wyniki badań pokazują, że system odszkodowań łowieckich jest skomplikowany, nieprzejrzysty i nierówny. W wielu obwodach odszkodowania są zerowe albo symboliczne, dane finansowe są trudno dostępne, a informacje zbiorcze nie pozwalają łatwo sprawdzić, co rzeczywiście dzieje się w konkretnych kołach łowieckich.

    Audyt PZŁ dodaje do tego jeszcze jedną warstwę problemu: nie tylko trudno ustalić, ile naprawdę płacą koła i OHZ-y, ale tam, gdzie kwoty są wysokie, pojawia się pytanie, czy zostały ustalone prawidłowo.

    Rolnicy nie potrzebują ani zaniżania szkód, ani zawyżania szkód, ani propagandowego wykorzystywania ich strat do obrony przywilejów PZŁ. Rolnicy potrzebują prostych procedur, sprawnego szacowania, obowiązkowej dokumentacji fotograficznej, jawnych danych i szybkich wypłat. A przede wszystkim potrzebują systemu, w którym odszkodowanie jest rekompensatą za realną szkodę, a nie elementem PR-owej opowieści łowieckiej.

    2,7 mln zł na świętowanie. Ze składek myśliwych

    Kolejny piękny rozdział tej księgi organizacyjnej rozwagi to obchody 100-lecia PZŁ. Według audytu Naczelna Rada Łowiecka utworzyła fundusz celowy na obchody 100-lecia w wysokości 2 702 207 zł. Środki wydzielono ze składki członkowskiej przynależnej zarządom okręgowym, proporcjonalnie do liczby myśliwych z danego okręgu.

    Innymi słowy: zwykli członkowie PZŁ mogli z dumą wspierać świętowanie organizacji, która później w audycie zostaje opisana jako struktura z problemami w planowaniu, kontroli i wydatkowaniu środków.

    Audytorzy wskazali, że organizacja obchodów była chaotyczna, harmonogram się „rozjechał”, część wydarzeń nie odbyła się, a mimo to budżet został przekroczony. Według danych przekazanych audytorom przez zarządy okręgowe, oprócz kwot poniesionych przez Zarząd Główny, same zarządy okręgowe miały ponieść dodatkowe koszty w wysokości 567 326 zł. Po uwzględnieniu wydarzeń, które się nie odbyły, przekroczenie budżetu miało wynieść około 30 procent.

    To jest szczególnie zabawne, jeśli pamiętać, że PZŁ lubi pouczać społeczeństwo o odpowiedzialności, racjonalności i gospodarowaniu. Tymczasem we własnym stuleciu Związek najwyraźniej nie potrafił odpowiedzieć na najprostsze pytanie: ile właściwie wydajemy i na co?

    Ponad milion na PR. Może zamiast ocieplania wizerunku potrzebna jest księgowość?

    Osobny rozdział to wydatki na wizerunek. Z ujawnionych dokumentów wynika, że Naczelna Rada Łowiecka wyraziła zgodę na obciążenie majątku Zrzeszenia zobowiązaniem do kwoty 1 121 000 zł w związku z umową dotyczącą kampanii wizerunkowej PZŁ z Personal PR sp. z o.o.

    To kwota bliska 1,2 miliona złotych na PR. Na poprawianie obrazu. Na opowieść. Na komunikację. Na przekonywanie ludzi, że wszystko jest pod kontrolą.

    A potem czytamy audyt i dowiadujemy się o znikających danych, podejrzeniach bezpłatnych polowań, możliwych nadużyciach przy odszkodowaniach, problemach z dokumentacją systemów informatycznych, wydatkach bez wymaganych zgód oraz chaotycznym wydawaniu pieniędzy na obchody stulecia.

    Może więc PZŁ nie potrzebuje kampanii wizerunkowej. Może PZŁ potrzebuje tego, czego od lat domagają się organizacje społeczne: jawnej sprawozdawczości, publicznego rejestru polowań, przejrzystych finansów kół łowieckich i realnego nadzoru ministra właściwego do spraw środowiska.

    Wizerunek nie poprawia się od tego, że zamawia się PR. Wizerunek poprawia się od tego, że przestaje się robić rzeczy, które trzeba potem przykrywać PR-em.

    Systemy informatyczne, których dokumentacji nie ma. Faktury, które się płaci. Dostawcy, którzy „żyją z PZŁ”

    Audyt opisuje też problem współpracy z firmą TORN. W latach 2018–2023 firma miała zarobić od Zarządu Głównego PZŁ około 4,4 mln zł netto. Audytorzy ustalili jednak, że mimo tak dużych płatności PZŁ nie posiadał dokumentacji stworzonych systemów, m.in. „Łowiectwo w Polsce” oraz systemu dla kół łowieckich.

    Brak dokumentacji oznacza uzależnienie od dostawcy. Audytorzy wprost wskazali, że firma TORN w istocie „żyje z PZŁ” i może wykorzystywać swoją dominującą pozycję.

    Jeszcze ciekawiej robi się w 2023 roku. Firma TORN została odcięta od dostępu do systemów, ale PZŁ nadal miał opłacać faktury za usługi serwisowe, których – według audytorów – firma nie mogła świadczyć, bo nie miała już dostępu do systemów. Kwota zapłacona po odcięciu dostępu miała wynieść 162 606 zł.

    To brzmi jak model biznesowy idealny: nie masz dostępu do systemu, ale faktury idą dalej. W zwykłej firmie ktoś musiałby to natychmiast wyjaśnić. W PZŁ potrzebny był audyt.

    Gdzie w tym wszystkim jest interes publiczny?

    Nie chodzi wyłącznie o wewnętrzne porachunki w organizacji myśliwych. Polski Związek Łowiecki nie jest zwykłym klubem hobbystycznym, który spotyka się prywatnie, zbiera składki i wydaje je na własne zabawy. PZŁ wykonuje zadania w systemie ustawowo uprzywilejowanym. Działa w obszarze dotyczącym dzikich zwierząt, bezpieczeństwa ludzi, własności prywatnej, szkód w uprawach i gospodarki prowadzonej na ogromnej części terytorium kraju.

    Jeżeli taka organizacja ma tak poważne problemy z finansami, dokumentacją, odszkodowaniami i kontrolą wewnętrzną, to nie wystarczy powiedzieć: „to nasza sprawa”. To nie jest ich prywatna sprawa. To sprawa publiczna.

    Dlatego obywatelski projekt zmian w Prawie łowieckim słusznie zakłada zwiększenie jawności finansów PZŁ i kół łowieckich, publiczny rejestr polowań i gospodarki łowieckiej, obowiązek publikowania danych oraz realniejsze mechanizmy nadzoru. Po takim audycie sprzeciw PZŁ wobec jawności brzmi mniej więcej tak, jakby ktoś złapany przy niszczarce dokumentów tłumaczył, że przecież bardzo dba o ochronę danych.

    Mniej PR, więcej kontroli

    Można wydać ponad milion złotych na kampanię wizerunkową. Można urządzać uroczystości za miliony. Można opowiadać o odpowiedzialności, tradycji i pomocy rolnikom. Ale jeśli w dokumentach pojawiają się podejrzenia zawyżania odszkodowań, znikające cenniki polowań, bezpłatne łowy dla wybranych osób i milionowe wydatki bez właściwej kontroli, to żadna kampania PR tego nie przykryje.

    Rolnicy potrzebują uczciwych odszkodowań. Myśliwi płacący składki mają prawo wiedzieć, na co idą ich pieniądze. Obywatele mają prawo wiedzieć, jak działa organizacja, której państwo powierzyło tak dużą władzę nad dzikimi zwierzętami. A przyroda i zwierzęta nie powinny być zakładnikami systemu, który sam siebie kontroluje, sam siebie rozlicza i sam sobie wystawia laurki.

    PZŁ może wydać kolejne miliony na PR. Ale najtańszą kampanią wizerunkową byłoby po prostu przestać ukrywać dane, zacząć publikować finanse i poddać się realnej kontroli.

    informacje objęte wnioskiem nie podlegają udostępnieniu

    Inne afery w PZŁ w ostatnich latach:

  • 130 tysięcy myśliwych to nie tylko liczba. To także wpływ na przyrodę, bezpieczeństwo i prawo

    130 tysięcy myśliwych to nie tylko liczba. To także wpływ na przyrodę, bezpieczeństwo i prawo

    W debacie o łowiectwie często pojawia się argument, że liczba myśliwych nie ma znaczenia, bo o liczbie zabijanych zwierząt decydują roczne i wieloletnie plany łowieckie. Na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie. Jeśli plan przewiduje określony limit, to przecież nie można go dowolnie przekraczać.

    Problem polega na tym, że samo istnienie planów nie oznacza jeszcze niezależnej, przyrodniczej i społecznej kontroli. Trzeba zapytać: kto przygotowuje plany, kto je zatwierdza, jakie dane są brane pod uwagę, czy uwzględnia się wpływ na siedliska i gatunki chronione oraz czy obywatele mają realny dostęp do informacji.

    Łowiectwo nie jest prywatną sprawą myśliwych

    Polowanie nie jest zwykłym hobby wykonywanym w prywatnej przestrzeni. Odbywa się w lasach, na polach, łąkach, nieużytkach, a często także na terenach prywatnych wchodzących w skład obwodów łowieckich. Wpływa na zwierzęta, przyrodę, bezpieczeństwo ludzi, zwierzęta domowe, korzystanie z lasów oraz wykonywanie prawa własności.

    Dlatego obywatelski projekt ustawy słusznie wychodzi z założenia, że gospodarka łowiecka musi podlegać realnej kontroli publicznej. W uzasadnieniu projektu podkreślono, że obecny model jest oparty na bardzo silnej pozycji Polskiego Związku Łowieckiego i ograniczonych instrumentach kontroli zewnętrznej. Projekt ma to zmienić: wzmocnić nadzór organów ochrony środowiska, zwiększyć jawność i dopuścić większy udział społeczeństwa w sprawach dotyczących przyrody.

    Plany łowieckie muszą być oceniane przyrodniczo

    Projekt przewiduje, że roczne plany łowieckie będą wymagały uzgodnienia przez regionalnego dyrektora ochrony środowiska w zakresie liczby zwierząt planowanych do zabicia. RDOŚ będzie mógł odmówić uzgodnienia, jeżeli dane będą niepełne albo realizacja planu mogłaby zagrozić właściwemu stanowi ochrony gatunków, siedlisk, ostoi lub różnorodności genetycznej.

    Dodatkowo wieloletnie łowieckie plany hodowlane mają podlegać strategicznej ocenie oddziaływania na środowisko. To bardzo ważne, bo takie dokumenty wpływają nie tylko na liczbę zabijanych zwierząt, ale też na całe ekosystemy. Jeżeli łowiectwo ma być przedstawiane jako działanie racjonalne i przyrodniczo uzasadnione, musi podlegać normalnym standardom oceny środowiskowej.

    Infografika wyjaśniająca, że liczba myśliwych, plany łowieckie i nadzór nad PZŁ mają znaczenie dla przyrody, bezpieczeństwa ludzi, jawności i kontroli publicznej.

    Jawność nie jest karą

    Myśliwi często traktują postulaty jawności jako atak na koła łowieckie. Tymczasem jawność jest logiczną konsekwencją tego, że zwierzęta łowne w stanie wolnym są własnością Skarbu Państwa, a państwo przyznało PZŁ szczególną pozycję w systemie łowieckim.

    Projekt przewiduje publiczny rejestr polowań i gospodarki łowieckiej. Ma on obejmować m.in. granice obwodów, plany łowieckie, informacje o polowaniach zbiorowych i indywidualnych, liczby zwierząt planowanych do zabicia i faktycznie zabitych, zwierzęta postrzelone i nieodnalezione, lokalizację urządzeń łowieckich oraz sprawozdania finansowe i merytoryczne PZŁ oraz kół łowieckich.

    To szczególnie ważne dla bezpieczeństwa. Jak pokazuje poradnik „Dla bezpiecznych spacerów w lesie”, dziś informacje o polowaniach zbiorowych bywają rozproszone, trudne do znalezienia i nieprecyzyjne, a o polowaniach indywidualnych osoby postronne nie mogą dowiedzieć się wcześniej. W praktyce człowiek może usłyszeć strzały albo spotkać myśliwego dopiero w terenie.

    Nie chodzi tylko o liczbę myśliwych

    Liczba myśliwych ma znaczenie nie dlatego, że każdy z nich dowolnie decyduje, ile zwierząt zabije. Ma znaczenie, bo oznacza skalę presji na utrzymanie obecnego modelu, liczbę osób posiadających broń w celu łowieckim, skalę polowań i siłę lobby, które od lat wpływa na prawo dotyczące dzikich zwierząt.

    Dlatego pytanie nie brzmi wyłącznie: ilu jest myśliwych? Pytanie brzmi: kto kontroluje system, czy decyzje są oparte na danych, czy ludzie mogą bezpiecznie korzystać z lasów i czy przyroda jest traktowana jako dobro wspólne, a nie zaplecze jednej grupy interesu.

  • Czy bez polowań populacje zwierząt „eksplodują”? Przyroda to nie kalkulator

    Czy bez polowań populacje zwierząt „eksplodują”? Przyroda to nie kalkulator

    Jednym z najczęstszych argumentów środowiska łowieckiego jest straszenie „eksplozją populacji”. W infografikach pojawiają się efektowne tabele: tyle dzików dziś, tyle po pięciu latach bez polowań, a potem jeszcze więcej szkód, chorób i wypadków. Problem w tym, że takie wyliczenia zwykle opierają się na mechanicznym mnożeniu, jakby dzikie zwierzęta żyły w próżni.

    Populacje zwierząt nie rosną liniowo i bez końca. Ogranicza je dostępność pokarmu, warunki pogodowe, choroby, śmiertelność młodych, struktura siedlisk, presja człowieka, migracje, relacje międzygatunkowe oraz obecność dużych drapieżników. Dobre zarządzanie przyrodą nie polega więc na podstawieniu jednej liczby do tabeli, lecz na analizie danych terenowych i lokalnych warunków.

    Odstrzał nie jest jedynym mechanizmem regulacji

    Myśliwi często przedstawiają siebie jako jedyny czynnik powstrzymujący przyrodę przed chaosem. To nieprawda. Populacje dzikich zwierząt są regulowane przez wiele procesów naturalnych i środowiskowych. Jednym z nich jest drapieżnictwo. Wilki, rysie i inne drapieżniki wpływają na liczebność, zachowania i rozmieszczenie zwierząt kopytnych. Nie oznacza to, że same rozwiążą każdy konflikt na styku rolnictwa i przyrody, ale nie można uczciwie mówić o „zarządzaniu populacjami”, ignorując ich rolę.

    Warto zwrócić uwagę na pewną sprzeczność. Z jednej strony środowisko łowieckie przedstawia się jako obrońca „naturalnej równowagi”, a z drugiej część tego samego środowiska od lat lobbuje przeciwko wilkom i innym dużym drapieżnikom. Tymczasem prawdziwa ochrona przyrody wymaga wzmacniania naturalnych procesów, a nie zastępowania ich wyłącznie strzelaniem.

    Infografika wyjaśniająca, że populacje dzikich zwierząt nie rosną bez końca, a odpowiedzialne zarządzanie wymaga danych, prewencji, kontroli publicznej i uwzględnienia roli dużych drapieżników.

    Projekt ustawy nie oznacza braku zarządzania

    Obywatelski projekt zmiany Prawa łowieckiego nie mówi: „zostawmy wszystko bez kontroli”. Mówi raczej: kontrola musi być oparta na danych, środowiskowej ocenie i odpowiedzialności publicznej. To duża różnica.

    Projekt zakłada m.in. większy udział regionalnych dyrektorów ochrony środowiska w planowaniu łowieckim, strategiczną ocenę oddziaływania wieloletnich planów na środowisko, jawność danych o planowanych i wykonanych polowaniach oraz ograniczenie praktyk, które same mogą zwiększać lokalne zagęszczenie zwierząt, takich jak dokarmianie i nęcenie.

    Projekt nie zakazuje z dnia na dzień wszystkich polowań, lecz porządkuje zasady kontrolowania przez państwo populacji dzikich zwierząt i przywraca realną kontrolę publiczną nad działaniami dotyczącymi zwierząt należących do Skarbu Państwa.

    Co naprawdę ogranicza szkody?

    Szkody w uprawach ogranicza przede wszystkim skuteczna prewencja: ogrodzenia, zabezpieczenia sadów i młodników, odstraszacze, szybka reakcja na lokalne konflikty, uczciwy system odszkodowań i dostęp do danych. W niektórych sytuacjach konieczne mogą być także decyzje redukcyjne, ale powinny być podejmowane tam, gdzie są rzeczywiście uzasadnione, a nie jako automatyczna odpowiedź na każdy problem.

    Straszenie wielkimi liczbami może dobrze wyglądać w mediach społecznościowych, ale nie zastępuje wiedzy ekologicznej. Przyroda to system zależności, a nie prosty kalkulator. Rolnicy, mieszkańcy wsi i dzikie zwierzęta potrzebują odpowiedzialnej polityki, a nie propagandy.

    Więcej informacji: materiał o decyzjach dotyczących zabijania dzików w miastach.

  • Dokarmianie dzikich zwierząt przez myśliwych: pomoc czy problem?

    Dokarmianie dzikich zwierząt przez myśliwych: pomoc czy problem?

    Na pierwszy rzut oka dokarmianie dzikich zwierząt może wydawać się troską o przyrodę. Paśnik w lesie, kukurydza dla dzików, zboże dla jeleni – wszystko to łatwo pokazać jako „pomoc w trudnym okresie zimowym”. Problem polega na tym, że w łowiectwie dokarmianie bardzo często nie jest neutralną pomocą, lecz elementem gospodarki prowadzonej pod potrzeby polowań.

    Stałe wykładanie karmy w tych samych miejscach przyciąga zwierzęta i sztucznie je koncentruje. Zwierzęta częściej się spotykają, korzystają z tego samego pokarmu, zostawiają w jednym miejscu ślinę, kał, mocz i inne wydzieliny. To zwiększa ryzyko przenoszenia chorób zakaźnych i pasożytniczych. W przypadku dzików szczególnie ważny jest kontekst ASF, czyli afrykańskiego pomoru świń.

    Karma w lesie nie zastępuje zdrowego ekosystemu

    Dzikie zwierzęta są przystosowane do sezonowości. W zdrowych ekosystemach przemieszczają się, korzystają z naturalnego pokarmu, reagują na dostępność zasobów i warunki pogodowe. Stały dostęp do łatwego, wysokoenergetycznego pokarmu może zmieniać ich zachowanie, sposób żerowania, kondycję zdrowotną i relacje z otoczeniem.

    Dokarmianie może też pogłębiać konflikty, które rzekomo ma ograniczać. Zwierzęta przyzwyczajone do łatwego pokarmu częściej pojawiają się przy polach, drogach i zabudowaniach. Jeżeli dodatkowo karma jest wykładana w pobliżu ambon albo nęcisk, trudno mówić o bezinteresownej trosce o zwierzęta. Jest to raczej tworzenie przewidywalnych miejsc, do których zwierzęta mają przychodzić, by później łatwiej było do nich strzelać.

    Infografika pokazująca, że dokarmianie i nęcenie dzikich zwierząt przez myśliwych może zwiększać ryzyko chorób, szkód i zależności zwierząt od człowieka

    Projekt ustawy nie zakazuje ratowania zwierząt

    Ważne jest odróżnienie dwóch rzeczy: zwykłego łowieckiego dokarmiania od wyjątkowej pomocy w sytuacjach nadzwyczajnych. Obywatelski projekt zmiany Prawa łowieckiego zakłada generalny zakaz dokarmiania i nęcenia zwierząt łownych, ale zostawia możliwość dokarmiania w szczególnie uzasadnionych przypadkach, gdy jest to niezbędne dla ochrony zwierząt i odbywa się za zgodą regionalnego dyrektora ochrony środowiska.

    To rozsądna różnica. Czym innym jest interwencyjne działanie pod kontrolą organu ochrony środowiska, a czym innym regularne wysypywanie ton karmy w obwodach łowieckich, często w sposób służący utrzymywaniu wysokiej liczebności zwierząt albo ich przyciąganiu w pobliże miejsc polowań.

    Co naprawdę pomaga zwierzętom?

    Dzikim zwierzętom bardziej niż kukurydza pod amboną pomaga ochrona i odtwarzanie siedlisk, różnorodny krajobraz, korytarze ekologiczne, spokojne miejsca rozrodu i odpoczynku, mniejsza presja człowieka oraz ograniczanie praktyk, które sztucznie koncentrują zwierzęta. Zakaz dokarmiania i nęcenia nie jest „kaprysem ekologów”, lecz odpowiedzią na realne ryzyka przyrodnicze i epizootyczne. Projekt nie zabrania pomocy zwierzętom. Kończy za to praktykę, w której pomoc miesza się z interesem łowieckim.

    Prawdziwa ochrona przyrody to nie wysypywanie zboża. To odpowiedzialne zarządzanie, ograniczanie sztucznej koncentracji zwierząt i wzmacnianie naturalnych procesów w środowisku.

  • Szkody w uprawach są realne. Łowieckie slogany ich nie rozwiążą

    Szkody w uprawach są realne. Łowieckie slogany ich nie rozwiążą

    Szkody wyrządzane przez dzikie zwierzęta w uprawach są realnym problemem. Rolnik nie uprawia kukurydzy, zbóż, rzepaku czy warzyw „dla zabawy”. Produkuje żywność, paszę, utrzymuje gospodarstwo, ponosi koszty, ryzyko i odpowiedzialność. Dlatego rozmowa o szkodach łowieckich powinna zaczynać się od szacunku dla pracy rolników, a nie od przerzucania winy na nich albo na przyrodę.

    Problem zaczyna się wtedy, gdy środowisko łowieckie wykorzystuje realne trudności rolników jako argument za utrzymaniem całego obecnego modelu łowiectwa: nieprzejrzystego, słabo kontrolowanego i powiązanego z komercyjnym zabijaniem dzikich zwierząt. W takiej narracji wszystko sprowadza się do prostego hasła: „bez myśliwych rolnicy sobie nie poradzą”. To zbyt duże uproszczenie.

    Nie mówimy rolnikom: „nie siejcie”

    Przeciwnicy obecnego modelu łowiectwa nie twierdzą, że problemem jest to, że rolnik uprawia kukurydzę albo prowadzi gospodarstwo. Problemem jest system, który często nie zapewnia rolnikom ani skutecznej prewencji, ani prostych odszkodowań, ani przejrzystych danych o tym, kto i na jakich zasadach odpowiada za szkody.

    Na szkody w uprawach wpływa wiele czynników: lokalna liczebność zwierząt, struktura krajobrazu, dostępność naturalnego pokarmu, brak zabezpieczeń, presja człowieka, dokarmianie i nęcenie zwierząt, a także sposób zarządzania obwodem łowieckim. Sam odstrzał nie zastępuje rozsądnej prewencji.

    Rolnicy potrzebują skutecznych narzędzi, nie łowieckich mitów

    Infografika wyjaśniająca, że szkody w uprawach są realne, ale wymagają prewencji, jawności danych i sprawiedliwych odszkodowań, a nie prostego hasła „więcej polowań”.

    W praktyce pomoc rolnikom powinna oznaczać przede wszystkim: lepsze zabezpieczanie upraw i sadów, sprawne procedury szacowania szkód, szybkie i uczciwe odszkodowania, jawne dane o polowaniach i szkodach oraz decyzje oparte na lokalnych danych, a nie na propagandowych hasłach.

    Monitoring opublikowany na stronie zakazpolowania.pl pokazuje, że system odszkodowań jest nieprzejrzysty, skomplikowany i bardzo nierówny. W wielu obwodach odszkodowania są zerowe albo symboliczne, a dostęp do danych finansowych kół łowieckich jest utrudniony. To ważne, bo myśliwi często przedstawiają odszkodowania jako dowód swojej „służby” wobec rolników, choć rzeczywistość jest dużo bardziej złożona.

    Polowania komercyjne nie są ochroną rolnictwa

    Warto też oddzielić ochronę upraw od komercyjnej sprzedaży polowań. Jeżeli koła łowieckie albo inne podmioty uzyskują znaczące przychody z organizowania polowań komercyjnych i sprzedaży mięsa, to nie można przedstawiać całego systemu jako bezinteresownej pomocy rolnikom. To raczej model, w którym dzikie zwierzęta należące do Skarbu Państwa stają się zasobem wykorzystywanym gospodarczo.

    Dlatego obywatelski projekt zmiany Prawa łowieckiego nie odbiera rolnikom ochrony. Przeciwnie: próbuje uporządkować system. Wprowadza większą jawność, kontrolę publiczną, bardziej rzetelne dane, większy udział organów ochrony środowiska oraz ograniczenie praktyk, które mogą same nasilać konflikty, takich jak dokarmianie i nęcenie zwierząt.

    Szacunek dla rolników to nie zgoda na łowiecką propagandę. Szacunek dla rolników oznacza prewencję, przejrzyste procedury, sprawne odszkodowania i politykę opartą na danych, a nie na straszeniu społeczeństwa.

    Więcej informacji: Monitoring dotyczący odszkodowań za szkody łowieckie oraz analiza obywatelskiego projektu ustawy.