Czy bez polowań populacje zwierząt „eksplodują”? Przyroda to nie kalkulator

Czy bez polowań populacje zwierząt eksplodują?

Jednym z najczęstszych argumentów środowiska łowieckiego jest straszenie „eksplozją populacji”. W infografikach pojawiają się efektowne tabele: tyle dzików dziś, tyle po pięciu latach bez polowań, a potem jeszcze więcej szkód, chorób i wypadków. Problem w tym, że takie wyliczenia zwykle opierają się na mechanicznym mnożeniu, jakby dzikie zwierzęta żyły w próżni.

Populacje zwierząt nie rosną liniowo i bez końca. Ogranicza je dostępność pokarmu, warunki pogodowe, choroby, śmiertelność młodych, struktura siedlisk, presja człowieka, migracje, relacje międzygatunkowe oraz obecność dużych drapieżników. Dobre zarządzanie przyrodą nie polega więc na podstawieniu jednej liczby do tabeli, lecz na analizie danych terenowych i lokalnych warunków.

Odstrzał nie jest jedynym mechanizmem regulacji

Myśliwi często przedstawiają siebie jako jedyny czynnik powstrzymujący przyrodę przed chaosem. To nieprawda. Populacje dzikich zwierząt są regulowane przez wiele procesów naturalnych i środowiskowych. Jednym z nich jest drapieżnictwo. Wilki, rysie i inne drapieżniki wpływają na liczebność, zachowania i rozmieszczenie zwierząt kopytnych. Nie oznacza to, że same rozwiążą każdy konflikt na styku rolnictwa i przyrody, ale nie można uczciwie mówić o „zarządzaniu populacjami”, ignorując ich rolę.

Warto zwrócić uwagę na pewną sprzeczność. Z jednej strony środowisko łowieckie przedstawia się jako obrońca „naturalnej równowagi”, a z drugiej część tego samego środowiska od lat lobbuje przeciwko wilkom i innym dużym drapieżnikom. Tymczasem prawdziwa ochrona przyrody wymaga wzmacniania naturalnych procesów, a nie zastępowania ich wyłącznie strzelaniem.

Infografika wyjaśniająca, że populacje dzikich zwierząt nie rosną bez końca, a odpowiedzialne zarządzanie wymaga danych, prewencji, kontroli publicznej i uwzględnienia roli dużych drapieżników.

Projekt ustawy nie oznacza braku zarządzania

Obywatelski projekt zmiany Prawa łowieckiego nie mówi: „zostawmy wszystko bez kontroli”. Mówi raczej: kontrola musi być oparta na danych, środowiskowej ocenie i odpowiedzialności publicznej. To duża różnica.

Projekt zakłada m.in. większy udział regionalnych dyrektorów ochrony środowiska w planowaniu łowieckim, strategiczną ocenę oddziaływania wieloletnich planów na środowisko, jawność danych o planowanych i wykonanych polowaniach oraz ograniczenie praktyk, które same mogą zwiększać lokalne zagęszczenie zwierząt, takich jak dokarmianie i nęcenie.

Projekt nie zakazuje z dnia na dzień wszystkich polowań, lecz porządkuje zasady kontrolowania przez państwo populacji dzikich zwierząt i przywraca realną kontrolę publiczną nad działaniami dotyczącymi zwierząt należących do Skarbu Państwa.

Co naprawdę ogranicza szkody?

Szkody w uprawach ogranicza przede wszystkim skuteczna prewencja: ogrodzenia, zabezpieczenia sadów i młodników, odstraszacze, szybka reakcja na lokalne konflikty, uczciwy system odszkodowań i dostęp do danych. W niektórych sytuacjach konieczne mogą być także decyzje redukcyjne, ale powinny być podejmowane tam, gdzie są rzeczywiście uzasadnione, a nie jako automatyczna odpowiedź na każdy problem.

Straszenie wielkimi liczbami może dobrze wyglądać w mediach społecznościowych, ale nie zastępuje wiedzy ekologicznej. Przyroda to system zależności, a nie prosty kalkulator. Rolnicy, mieszkańcy wsi i dzikie zwierzęta potrzebują odpowiedzialnej polityki, a nie propagandy.

Więcej informacji: materiał o decyzjach dotyczących zabijania dzików w miastach.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *