W debacie o łowiectwie często pojawia się argument, że liczba myśliwych nie ma znaczenia, bo o liczbie zabijanych zwierząt decydują roczne i wieloletnie plany łowieckie. Na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie. Jeśli plan przewiduje określony limit, to przecież nie można go dowolnie przekraczać.
Problem polega na tym, że samo istnienie planów nie oznacza jeszcze niezależnej, przyrodniczej i społecznej kontroli. Trzeba zapytać: kto przygotowuje plany, kto je zatwierdza, jakie dane są brane pod uwagę, czy uwzględnia się wpływ na siedliska i gatunki chronione oraz czy obywatele mają realny dostęp do informacji.
Łowiectwo nie jest prywatną sprawą myśliwych
Polowanie nie jest zwykłym hobby wykonywanym w prywatnej przestrzeni. Odbywa się w lasach, na polach, łąkach, nieużytkach, a często także na terenach prywatnych wchodzących w skład obwodów łowieckich. Wpływa na zwierzęta, przyrodę, bezpieczeństwo ludzi, zwierzęta domowe, korzystanie z lasów oraz wykonywanie prawa własności.
Dlatego obywatelski projekt ustawy słusznie wychodzi z założenia, że gospodarka łowiecka musi podlegać realnej kontroli publicznej. W uzasadnieniu projektu podkreślono, że obecny model jest oparty na bardzo silnej pozycji Polskiego Związku Łowieckiego i ograniczonych instrumentach kontroli zewnętrznej. Projekt ma to zmienić: wzmocnić nadzór organów ochrony środowiska, zwiększyć jawność i dopuścić większy udział społeczeństwa w sprawach dotyczących przyrody.
Plany łowieckie muszą być oceniane przyrodniczo
Projekt przewiduje, że roczne plany łowieckie będą wymagały uzgodnienia przez regionalnego dyrektora ochrony środowiska w zakresie liczby zwierząt planowanych do zabicia. RDOŚ będzie mógł odmówić uzgodnienia, jeżeli dane będą niepełne albo realizacja planu mogłaby zagrozić właściwemu stanowi ochrony gatunków, siedlisk, ostoi lub różnorodności genetycznej.
Dodatkowo wieloletnie łowieckie plany hodowlane mają podlegać strategicznej ocenie oddziaływania na środowisko. To bardzo ważne, bo takie dokumenty wpływają nie tylko na liczbę zabijanych zwierząt, ale też na całe ekosystemy. Jeżeli łowiectwo ma być przedstawiane jako działanie racjonalne i przyrodniczo uzasadnione, musi podlegać normalnym standardom oceny środowiskowej.

Jawność nie jest karą
Myśliwi często traktują postulaty jawności jako atak na koła łowieckie. Tymczasem jawność jest logiczną konsekwencją tego, że zwierzęta łowne w stanie wolnym są własnością Skarbu Państwa, a państwo przyznało PZŁ szczególną pozycję w systemie łowieckim.
Projekt przewiduje publiczny rejestr polowań i gospodarki łowieckiej. Ma on obejmować m.in. granice obwodów, plany łowieckie, informacje o polowaniach zbiorowych i indywidualnych, liczby zwierząt planowanych do zabicia i faktycznie zabitych, zwierzęta postrzelone i nieodnalezione, lokalizację urządzeń łowieckich oraz sprawozdania finansowe i merytoryczne PZŁ oraz kół łowieckich.
To szczególnie ważne dla bezpieczeństwa. Jak pokazuje poradnik „Dla bezpiecznych spacerów w lesie”, dziś informacje o polowaniach zbiorowych bywają rozproszone, trudne do znalezienia i nieprecyzyjne, a o polowaniach indywidualnych osoby postronne nie mogą dowiedzieć się wcześniej. W praktyce człowiek może usłyszeć strzały albo spotkać myśliwego dopiero w terenie.
Nie chodzi tylko o liczbę myśliwych
Liczba myśliwych ma znaczenie nie dlatego, że każdy z nich dowolnie decyduje, ile zwierząt zabije. Ma znaczenie, bo oznacza skalę presji na utrzymanie obecnego modelu, liczbę osób posiadających broń w celu łowieckim, skalę polowań i siłę lobby, które od lat wpływa na prawo dotyczące dzikich zwierząt.
Dlatego pytanie nie brzmi wyłącznie: ilu jest myśliwych? Pytanie brzmi: kto kontroluje system, czy decyzje są oparte na danych, czy ludzie mogą bezpiecznie korzystać z lasów i czy przyroda jest traktowana jako dobro wspólne, a nie zaplecze jednej grupy interesu.

Dodaj komentarz